- Ayanthe! Wstawaj - Poczułam jak ktoś silnym, krótkim ruchem ściąga mnie z łóżka.
- Ayanthe, no wstawaj! - Głos Lucy dudnił mi po głowie, aby po chwili uświadomić mi, że należy wstać.
Od naszej ostatniej, szczerzej rozmowy minął tydzień.
- Kobieto, amnestia jest! - Rebecca rzuciła we mnie poduszką i stanęła obok Lucy.
- Amnestia? Tak szybko... - Jęknęłam podnosząc się z łóżka. Jak na celę, były to w miarę dobre warunki, ale mimo wszystko spanie w takim łóżku dawało się we znaki. Powoli podeszłam do szafki z moimi rzeczami. Nie było ich wiele, ale zabrałam wszystko, co tam było i wsadziłam sobie pod ramię.
- Wypuszczają nas tak bez niczego? - Spytałam, przecierając oczy.
- Wiesz, teoretycznie wszystko już odnotowali, ale nie chciałyśmy Cię budzić - Lucy uśmiechnęła się i pociągnęła mnie za rękę. Wyszłyśmy na korytarz i skierowałyśmy się do wyjścia głównego.
Przy drzwiach stało już sporo osób, a ja czułam, jak krew pulsuje mi w głowie.
- Gorąco mi - Stwierdziłam, mrugając powiekami. Wszyscy z wrażenia oddychali szybciej niż normalnie, więc w pomieszczeniu zrobiło się okropnie duszno. Każdy krok sprawiał, że nogi zdawały się być coraz cięższe. W pewnym momencie straciłam nad nimi kontrolę.
- Lucy... Pomóż... Kręci - Szepnęłam, a po chwili runęłam prosto w ręce Lucy.
***
Nieprzyjemny ucisk na szyi wybudził mnie z ciemności. Powoli otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Byłam w aucie rodziców. Tata za kierownicą, mama grzebiąca w torebce a obok mnie... Lucy...
- Co Ty tu robisz? - Spytałam nieprzytomnym głosem, przecierając oczy.
- Widzieliśmy jak Lucy łapie Cię przed upadkiem a później wyciąga na świeże powietrze... Do czasu kiedy się obudziłaś zdążyliśmy trochę porozmawiać i postanowiliśmy, że ponieważ nie ma teraz domu, to wspomożemy ją przez jakiś czas - Mama odwróciła się lekko do tyłu i poczochrała mnie bo leżącym teraz bezwiednie irokezie.
- Mam nadzieję, że się nie obrazisz - Słowa Lucy mnie nie zdziwiły, ale wiedziałam, że dobrze zna odpowiedź, więc tylko kiwnęłam lekko głową.
Po kilkunastu minutach drogi wreszcie zajechaliśmy pod dom.
Mój oddech trochę przyspieszył.
Tak dawno tu nie byłam...
Wysiadłam szybko z auta, wzięłam od mamy klucze i pobiegłam otworzyć dom. Na progu czekała na nas moja suczka rasy doberman - Elize. Podbiegła do mnie wesoło i zaszczekała ze szczęścia. To się dopiero nazywało powitanie. Razem z nią poszłam schodami na górę, do swojego pokoju i opadłam na łóżko. Ciche skrzypnięcie sprężyn materaca, za którym tak tęskniłam, sprawiło, że wreszcie do mnie dotarło, że jestem w domu. Rozprostowałam ręce i nogi, wyciągając je ku górze.
Tak.
Wreszcie byłam w domu.
Zamknęłam oczy i odetchnęłam z ulgą.
~~~~~~~
To wreszcie nadszedł ten dzień.
Tak niespodziewanie.
Wróciłam do domu...
Tyle się zmieniło...
Trochę się przypakowało w mięśniach...
Prawie jak faceci z tych durnych filmów...
To teraz nadszedł czas...
Na danie główne....
Czas na wyrównanie rachunków...
Czas na upragnioną zemstę...
Czas na mnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz