Będzie dobrze, prawda?

Po kilku minutach leżenia zdałam sobie sprawę, że to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Powoli wstałam z łóżka, podeszłam do okna i otworzyłam okno tak szeroko, aby ciepły wiatr musnął moją twarz. Przegarnęłam włosy do tyłu, spoglądając na ścianę, na której wisiało lustro. Wyglądałam nieciekawie. Głównie ze względu na głupio opadające po bokach, nieprzystrzygane od dawna włosy, które normalnie powinny być ciemnofioletowym irokezem.
Sięgnęłam do szafki obok, gdzie trzymałam zapas żelu i lakieru do włosów. Wszystko stało na swoim miejscu, co bardzo mnie ucieszyło. Wyjęłam mój ulubiony żel, grzebień i kilkoma wprawnymi ruchami, postawiłam włosy do góry. Gdy skończyłam, Lucy zapukała cicho i weszła do pokoju.
- Nie przeszkadza Ci, że będę z Wami mieszkać? - Spytała. W odpowiedzi kiwnęłam przecząco głową.
- Na pewno?  Bo wiesz... Mimo wszystko, to chyba trochę dziwnie... I ... Nie chcę, żebyś się przeze mnie źle czuła... - Stwierdziła smutno.
- Lucy, uwierz mi, naprawdę za dużo mi pomogłaś, żebym mogła Ci odmówić, albo w jakikolwiek sposób narzekać na Twoje towarzystwo - Lekki uśmiech pojawił się na jej twarzy, gdy przytuliłam ją mocno. Jak zwykle miała ciepłe ręce... W sumie, tylko ona mnie trzymała w jako takiej formie, gdy byłyśmy w więzieniu. Wiele godzin spędziłam w jej ramionach płacząc jak dziecko i tylko one dawały mi swego rodzaju ochronę... Taki mały pokoik, w którym zamykałam się wtedy, gdy było mi najgorzej.
Chwila... Rozmyśliłam się.
Odkleiłam się od Lucy i uśmiechnęłam delikatnie.
- Będzie mi bardzo miło, jeśli będziesz mieszkać z nami
- Szczerze... To trochę się dziwie, że Twoi rodzice tak szybko się na to zgodzili
- Ja też - Powiedziałam - Ale z drugiej strony... No cóż, skąd mogłaś wiedzieć, że to akurat są moi rodzice? Pomogłaś mi bezinteresownie... A poza tym... Mają dobre serce... Strasznie było im źle, gdy usłyszeli wyrok... Ciągle próbowali coś jeszcze zdziałać... No nie ważne... Wróciłam! Jestem! I to jest ważne!
- Tak - Szepnęła Lucy - Fajne masz te włosy - Powiedziała szturchając palcem mojego, jeszcze lepkiego od żelu irokeza.
- Też mogę Ci takiego kiedyś zrobić... Tylko nie obiecuję, jak zareagują na to ludzie na ulicy - Zaśmiałyśmy się wspólnie.
Teraz było dobrze.
Tak.
Zdecydowanie najlepiej.
Chociaż... Zostało mi jeszcze kilka spraw...
W mojej głowie wciąż zalegał plan, żeby dowiedzieć się, co skłoniło Carlę do zeznawania przeciwko mi.... Chciałam zemsty... To jakby kotłowało się gdzieś głęboko w środku mnie... Nieujarzmiona chęć zemsty za tak obrzydliwą zdradę....

Amnestia

- Ayanthe! Wstawaj - Poczułam jak ktoś silnym, krótkim ruchem ściąga mnie z łóżka.
- Ayanthe, no wstawaj! - Głos Lucy dudnił mi po głowie, aby po chwili uświadomić mi, że należy wstać.
Od naszej ostatniej, szczerzej rozmowy minął tydzień.
- Kobieto, amnestia jest! - Rebecca rzuciła we mnie poduszką i stanęła obok Lucy.
- Amnestia? Tak szybko... - Jęknęłam podnosząc się z łóżka. Jak na celę, były to w miarę dobre warunki, ale mimo wszystko spanie w takim łóżku dawało się we znaki. Powoli podeszłam do szafki z moimi rzeczami. Nie było ich wiele, ale zabrałam wszystko, co tam było i wsadziłam sobie pod ramię.
- Wypuszczają nas tak bez niczego? - Spytałam, przecierając oczy.
- Wiesz, teoretycznie wszystko już odnotowali, ale nie chciałyśmy Cię budzić - Lucy uśmiechnęła się i pociągnęła mnie za rękę. Wyszłyśmy na korytarz i skierowałyśmy się do wyjścia głównego.
Przy drzwiach stało już sporo osób, a ja czułam, jak krew pulsuje mi w głowie.
- Gorąco mi - Stwierdziłam, mrugając powiekami. Wszyscy z wrażenia oddychali szybciej niż normalnie, więc w pomieszczeniu zrobiło się okropnie duszno. Każdy krok sprawiał, że nogi zdawały się być coraz cięższe. W pewnym momencie straciłam nad nimi kontrolę.
- Lucy... Pomóż... Kręci - Szepnęłam, a po chwili runęłam prosto w ręce Lucy.
***
Nieprzyjemny ucisk na szyi wybudził mnie z ciemności. Powoli otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Byłam w aucie rodziców. Tata za kierownicą, mama grzebiąca w torebce a obok mnie... Lucy...
- Co Ty tu robisz? - Spytałam nieprzytomnym głosem, przecierając oczy.
- Widzieliśmy jak Lucy łapie Cię przed upadkiem a później wyciąga na świeże powietrze... Do czasu kiedy się obudziłaś zdążyliśmy trochę porozmawiać i postanowiliśmy, że ponieważ nie ma teraz domu, to wspomożemy ją przez jakiś czas - Mama odwróciła się lekko do tyłu i poczochrała mnie bo leżącym teraz bezwiednie irokezie.
- Mam nadzieję, że się nie obrazisz - Słowa Lucy mnie nie zdziwiły, ale wiedziałam, że dobrze zna odpowiedź, więc tylko kiwnęłam lekko głową.
Po kilkunastu minutach drogi wreszcie zajechaliśmy pod dom.
Mój oddech trochę przyspieszył.
Tak dawno tu nie byłam...
Wysiadłam szybko z auta, wzięłam od mamy klucze i pobiegłam otworzyć dom. Na progu czekała na nas moja suczka rasy doberman - Elize. Podbiegła do mnie wesoło i zaszczekała ze szczęścia. To się dopiero nazywało powitanie. Razem z nią poszłam schodami na górę, do swojego pokoju i opadłam na łóżko. Ciche skrzypnięcie sprężyn materaca, za którym tak tęskniłam, sprawiło, że wreszcie do mnie dotarło, że jestem w domu. Rozprostowałam ręce i nogi, wyciągając je ku górze.
Tak.
Wreszcie byłam w domu.
Zamknęłam oczy i odetchnęłam z ulgą.
~~~~~~~
To wreszcie nadszedł ten dzień.
Tak niespodziewanie.
Wróciłam do domu...
Tyle się zmieniło...
Trochę się przypakowało w mięśniach...
Prawie jak faceci z tych durnych filmów...
To teraz nadszedł czas...
Na danie główne....
Czas na wyrównanie rachunków...
Czas na upragnioną zemstę...
Czas na mnie...

3:21

- To nieprawda! - Głos delikatnej blondynki potoczył się po sali.
- Ayanthe wzięła zbyt mocne leki przeciwbólowe i straciła nad sobą kontrolę! - Dziewczyna łupnęła ręką o blat, aż zahuczało.- Proszę się nie emocjonować, to nie jest targ. Czy oskarżona ma coś na swoją obronę? - Sędzia zwrócił swoją lekko pomarszczoną twarz w moją stronę. Jego oczy nie wyrażały żadnej emocji.
- Stanęłam w jej obronie... Ten mężczyzna ją zaatakował, a ja ją broniłam... - Głos łamał mi się w gardle. Opierałam się rękami o rant blatu, aby nie upaść na ziemię. Właśnie w tej chwili ktoś, kogo uważałam za najważniejszą osobę w moim życiu, wieloletnia przyjaciółka, zeznaje przeciwko mnie, kłamiąc jak z nut. Gorąca łza pociekła po moim policzku, zahaczając o kącik ust. 
- Zabiłaś go, bo miałaś jakieś zwidy! Przed nikim mnie nie broniłaś! - Poczerwieniała jak dorodne jabłko blondynka odgarnęła włosy z twarzy i podniosła nos wysoko.
- Nie wiedziałam, że miałam za przyjaciółkę morderczynię... A żebyś zgniła w ty.... - Kilkukrotne stuknięcie młotka sędziego, przerwało jej wypowiedź... 
~~~~~~~~~~
3:21 na zegarze.
Super. Znów nie mogę spać.
Poprawiłam poduszkę pod głową i przekręciłam się na drugi bok, wycierając palcem łzę. Dopiero po chwili spostrzegłam, iż na ziemi, koło mojego łóżka, siedzi Lucy.
- Ej, młoda... - Czułam na ramieniu dotyk jej ciepłej dłoni.
- Co tym razem? - Spytała, uśmiechając się lekko. W nocnym świetle jej bujne, rude loki zdawały się żyć własnym życiem.
- Wiesz, jak to jest... - Szepnęłam niepewnie - Gdy ktoś, za kogo chciałabyś oddać życie...
- Zdradza Cię jak najpodlejsza szmata? - Lucy dobrze znała moją historię i wiedziała, jak jest mi ciężko. W końcu od czterech miesięcy byłyśmy razem w celi . Mimo dobrych układów z resztą dziewczyn ruda rozumiała mnie najlepiej. Po tym, jak dowiedziała się, że zdradził ją mąż, zadźgała go jego własnym szwajcarskim scyzorykiem.
W sumie... Należało mu się, nie przeczę...
Przytuliłam się do niej i rozpłakałam jak dziecko. Smutne... być tak... Okłamaną? Oszukaną? Zdradzoną?
A może wszystko w jednym?
Człowiek tak bardzo chce dobrze, a i tak ląduje w bagnie.
- Lucy... - Wychlipałam, pociągając co chwilę nosem - Kiedy wychodzisz? - Ruda wydawała się lekko zaskoczona pytaniem.
- Nie wiem... - Spuściła wzrok, gładząc mnie lekko po plecach - Nie pamiętam... Nie chcę wiedzieć... Bo wiesz... Jeśli się na coś bardzo czeka... To wydaje nam się, że czekamy jeszcze dłużej - Odkleiła się ode mnie, i odgarnęła mi włosy z twarzy, uśmiechając się przez szklące się łzami oczy.
To śmieszne, że w więzieniu znalazłam kogoś bliższego, niż poza nim. Podobne przeżycia chyba jednak łączą ludzi...